Przychylne innych

Ziemowit Szczerek - Szajba Polska (z wyborcza.pl)

2016.01.02 12:45 SoleWanderer Ziemowit Szczerek - Szajba Polska (z wyborcza.pl)

Trochę jednak strach. Śmiesznie, ale strach. Jadę samochodem, włączam radio - łapie Radio Maryja. To samo, w którym Beata Szydło w pierwszy dzień świąt wyczerpująco opowiadała o "dobrej zmianie" i o tym, jak to przewodniczący Parlamentu Europejskiego Martin Schulz nie ma prawa wypowiadać się w temacie Polski, bo jest Niemcem. Słucham więc, a tam felieton Stanisława Michalkiewicza z serii "Myśląc Ojczyzna". Miłym głosem pan Michalkiewicz opowiada, że Niemcy, wykorzystując jako pretekst PiS-owski zamach na demokrację, rzucą się wyrównywać z Polską rachunki, które zalegają od końca II wojny. Że Żydzi "przebierają nogami", aby Polskę okraść z kasy, a SowNarKom, czyli Komisja Europejska, już grzeje silniki czołgów, żeby poskromić rząd wprowadzający "dobrą zmianę". Zaraz po felietonie poleciało "Gdy się Chrystus rodzi i na świat przychodzi". Słuchałem osłupiały. Słuchałem i - jak pisał Kazimierz Moczarski, wysłuchawszy pod celą wynurzeń Jürgena Stroopa o tym, że Chrystus nie był Żydem, tylko Niemcem - "przez chwilę zdawało mi się, że niczego w życiu nie znam, niczego nie wiem".
Zacząłem się zastanawiać, do jakiego stopnia taki ogląd świata podzielają ci, którym zeszłej jesieni w demokratycznych wyborach, w imię "dobrej zmiany", podarowano mandat do rządzenia. Ci, którzy ustawiają nam geopolitykę. Próbowałem sam siebie przekonać, że może jednak nie do końca, że może jednak im bliżej władzy, tym więcej musi być rozsądku, ale coraz mniej w to wierzyłem. Widziałem przecież na własne oczy tworzącą się oblężoną twierdzę, widziałem okopy św. Trójcy, w których PiS wyje o światowym spisku przeciw Polsce. I majaczy o tym, że zachodnia krytyka bierze się nie z ich działań, ale stąd, że Lis, Michnik i inni źli dziennikarze zachowują się jak folksdojcze i kablują na własne państwo.
Widziałem na własne oczy państwo wpadające w obsesję. I wiedziałem, że te napomnienia i przestrogi płynące z Zachodu nie doprowadzą do żadnego opamiętania, tylko do dalszego zamykania się w ciasnej komórce paranoi.
Ale może źle widziałem. Może też majaczyłem.
Bo to jednak niesamowite, jak te dwie strony się nie rozumieją. Jak majaczą nawet wtedy, gdy próbują zrozumieć intencje tych z drugiej strony barykady. W świątecznym felietonie w portalu wPolityce można na przykład przeczytać rozważania Stanisława Janeckiego nad tym, jakim cudem tak duża część - było nie było - Polaków zachowuje się nie jak Polacy uczciwi, lecz jak ordynarni "folksdojcze" właśnie. "Dlaczego tak wielu ludzi woli kłamstwo od prawdy, oszukiwanie od uczciwości, histerię od powściągliwości, przesadę od umiaru czy dialektykę od logiki?" - zastanawia się, zapewne szczerze, Janecki, dodając, że krytyczne oceny rządu PiS "nie mają nic wspólnego z rzeczywistością, a są wyłącznie elementem upokarzania i niszczenia domniemanego wroga politycznego".
" Pisowski - pisze Janecki - oznacza taki, który trzeba wdeptać w glebę, nawet bez sekundy refleksji na temat tego, co się robi. A najgorsze jest to, że to wdeptywanie ma wyraźnie rasistowskie podłoże. Pisowskie ma z definicji pochodzić od jakichś podludzi, od gorszej rasy. I ten jawny rasizm, bez dwóch zdań nawiązujący do rasizmu hitlerowskiego i pokrewnych mu totalitarnych wersji, jest uprawiany i propagowany przez ludzi, którzy w warstwie werbalnej i deklaratywnej z nim dzień i noc walczą - dziwi się Janecki i wygląda to zdziwienie na szczere. - Jest czymś głęboko zastanawiającym, jak wielu ludziom antypisowska szajba odbiera nie tylko zdolność trzeźwego sądzenia, oceniania czy wartościowania, ale wręcz czyni z nich swego rodzaju bestie. Te bestie wychodzą na żer niczym wampiry i nie spoczywają, póki się na opiją symbolicznej pisowskiej krwi".
Dalej następuje upojenie się własną analizą i nakręcanie się.
"Rasiści i bestie w szatach demokratów oraz obrońców konstytucji nawet nie myślą o tym, kim się stają, żeby pognębić wroga. Nie zastanawiają się nad własną degradacją moralną, intelektualną i estetyczną, nad własnym "dziczeniem" (...). Spijanie przez nich z ust i klawiatur każdego, kto w Niemczech, Francji czy USA powie lub napisze nawet największe, najbardziej kłamliwe i podłe kretyństwo, byle mocno antypisowskie, jest ewidentnym dowodem postępującego targowiczenia i folksdojczenia . Te kretyństwa są przecież obiektywnie okropnie antypolskie, uderzają w nasz honor i dumę narodową, bazują na niewypowiedzianym założeniu, że najlepszą Polską byłaby ta w pełni niesuwerenna, słaba i zeszmacona. (...) A już skrajną aberracją jest inspirowanie, nakłanianie i gorliwe pomaganie różnym zagranicznym mediom oraz ośrodkom opiniotwórczym i decyzyjnym, żeby łatwiej im było Polskę pod rządami PiS opluwać, skłócać i dezorganizować".
Folksdojcze. Ktoś domagający się zimnej konsekwencji w myśleniu przypisałby Janeckiemu pogląd, że skoro ci, którzy "donoszą" na Polskę Zachodowi, to "folksdojcze", znaczy, że Zachód to III Rzesza. Jeśli skargi na nowe porządki u sojuszników to "donoszenie", można rozumieć, że publicysta nie traktuje Zachodu jako części siebie samego, sojusznika gwarantującego polską niepodległość, tylko zewnętrzną, opresyjną strukturę.
Raczej nie o to chodzi. Albo nie do końca o to. Dla Janeckiego po prostu i dla innych popierających rewolucję najważniejsze nie są demokratyczne standardy. Najważniejsza jest Polska i jeśli nawet inni Polacy demolują to, co wydawałoby się święte i ważne, to nie powód, żeby upokarzać się i obnażać przed "obcymi". Brudy pierze się we własnym domu. A trójpodział, Trybunał? Spokojnie! Nic się przecież nie dzieje. Zmieniane są reguły gry, to wszystko. Zresztą nie oszukujmy się: prawo jest ważne, ale nie najważniejsze. Najważniejsza jest niepodległość. Naród.
Gdy Pospieszalski w słynnym wywiadzie z Orbánem chwalił go za zmianę nazwy Węgier z Republiki Węgierskiej na Węgry (a wyszło mu to fatalnie: "Węgry to Węgry, a nie jakaś tam..." - powiedział Pospieszalski i tu się zorientował, że brnie), nie miał pewnie na myśli tego, że republika jako instytucja jest zła. Chodziło o to, że najważniejsza w Węgrzech jest ich węgierskość, a nie republikańskość.
Robert Cooper, były doradca Tony'ego Blaira, pisał na początku tego wieku o dwóch porządkach, które w Europie nastąpiły po sobie - porządku nowoczesnym bazującym na państwach narodowych i tworzącym się od zakończenia II wojny porządku ponowoczesnym, upatrującym gwarancji bezpieczeństwa nie w chimerycznych relacjach pomiędzy państwami, ale w ładzie opartym na porozumieniach między nimi, strukturach ingerujących w sprawy wewnętrzne i zewnętrzne krajów. Wyzbyciu się modernistycznie rozumianej "niepodległości bezwzględnej" na rzecz szerszego ustawienia. To współpraca, otwartość i "innowacja w dyplomacji: zaufanie" są bazą ponowoczesnego porządku. Kraje ponowoczesne w tworzonych wspólnych strukturach są wzajemnie przejrzyste.
Dlatego przewidywalność poszczególnych członów wspólnoty jest tak istotna. A nieprzewidywalna Polska wyłamuje się z tego ładu wzajemnego zaufania. I dlatego wspólnota reaguje tak histerycznie.
Za to w systemie nowoczesnym "prawo nie jest szczególnie istotne. Siła i racja stanu są tym, co się liczy. W stosunkach międzynarodowych to świat rachunku interesów i sił opisany przez Machiavellego i Clausewitza". Słowem: układy międzynarodowe układami międzynarodowymi, ale państwo narodowe to świętość, nawet jeśli już na pierwszy rzut oka widać, że w ustawieniu bazującym na przepychaniu się tych państw narodowych Najjaśniejsza ze swoim poziomem rozwoju i potencjałem jest, jak to już historia kilka razy pokazała, w pozycji dość beznadziejnej.
Linia podziału między myśleniem ponowoczesnym i nowoczesnym przebiega, niestety, przez Polskę. Dlatego te dwie strony nie są się w stanie porozumieć. Brakuje komunikacji na odcinkach najbardziej do siebie zbliżonych, dlatego jedni i drudzy demonizują się nawzajem. Dla ludzi mających "instynkt ponowoczesny" ci "nowocześni" to troglodyci i sfanatyzowani nacjonaliści. Dla "nowoczesnych" ci pierwsi to zdrajcy i brukselskie pachołki. Dla jednych i drugich "tamci" to kompletne osły.
Dla porządku ponowoczesnego ważna jest sprawna i przejrzysta demokracja, ale również unikanie wielkich, szczególnie nacjonalistycznych narracji, tych "prawd objawionych", które - interpretowane w lokalny sposób - doprowadzały do międzynarodowych rzezi. To właśnie przeciwko temu brakowi wielkich narracji wielokrotnie buntował się Jarosław Kaczyński, marudząc o "nurcie filozoficznym" głoszącym "nieistnienie prawdy". Nie rozumiejąc, że absolutyzacja "prawd narodowych" prowadzi do ich ścierania się jak wtedy, gdy starły się "prawdy" polska i ukraińska, niemiecka i francuska - i tak dalej. Kaczyński wydaje się nie rozumieć, że jego oczywiście oczywista, bezwzględna "prawda" jest "prawdą" wyłącznie polską, a jej bezwzględność i oczywista oczywistość sprawiają, że jest "prawdą" niedyskutowalną i niepodlegającą kompromisom. A to właśnie kompromis, generalnie nam obcy, jest istotą budowania relacji w porządku ponowoczesnym. Kompromis, na Zachodzie powód do dumy, a w Polsce nazywany "zgniłym", jest konieczny do utrzymywania porządnie funkcjonującej demokracji.
W Polsce, spójrzmy w lustro, nikt z nikim kompromisu zawierać nigdy nie chciał, dlatego właściwie nic dziwnego, że system demokratyczny nie działa ani nie działał: każdy rządzący doskonale wiedział, że nie ma co demokracji traktować zbyt serio i na ten kompromis liczyć, więc w bardziej (PiS) czy mniej (PO) otwarty sposób próbował złapać państwo za pysk.
Jednak każda skarga PiS na wykluczanie go z publicznej debaty czy marginalizowanie jest bałamutna, bo żadna partia nie stoi tak mocno na staropolskim stanowisku "będzie po mojemu albo wyp...". Kompromis według Jarosława Kaczyńskiego od zawsze polegał na bezwzględnym podporządkowaniu i przyjęciu "prawdy absolutnej". A jak nie, zostawało się "zdrajcą", po Smoleńsku - "zdrajcą" z rozszerzeniem "morderca". Zabawę tę chętnie podjęły przychylne Kaczyńskiemu media, zarzucając gremialnie "lewicowo-liberalnym" gazetom i telewizjom stronniczość, same jednak pozostając absolutnie jednostronnymi, w dodatku dość dziecinnymi, a momentami barbarzyńskimi w treści i formie.
Dlaczego Polska, ba, właściwie cała Europa Środkowa, nie bardzo chce uczestniczyć w tym postmodernistycznym porządku? Z prostego powodu - bo historia nauczyła ją, że zaufanie to naiwność. A za naiwność dostaje się po tyłku.
Polska uważa, że naiwnością jest wierzyć w tak piękne i nierealne idee jak zaufanie w ramach międzynarodowej wspólnoty. Tym bardziej że jeśli patrzy się z pewnej perspektywy, to widzi się to, co się chce widzieć, czyli nie żadne współdziałanie, ale - przede wszystkim - realizację narodowych interesów poszczególnych państw Unii. Zresztą w całej Europie faktycznie coraz bardziej aktywny jest egoizm. Zwolennicy polskiego trzymania tyłka przy ścianie wskazują na realizację narodowych interesów przez Brytyjczyków, Niemców czy Francuzów, nie widząc jednocześnie, że największym interesem tych państw jest jednak europejska wspólnota, która zapewnia im bezpieczeństwo i potencjał.
Popierających PiS nie dziwi, że Niemcy denerwują się na polską "dobrą zmianę". To dla nich jasne: w niemieckim interesie jest słaba Polska. Nie chcą mieć na wschodzie nowoczesnego mocarstwa, lecz agrarną Rurytanię, część kontrolowalnej i prymitywnej Mitteleuropy. Ale że denerwują się Wielka Brytania, Francja, Ameryka? Dlaczego irytują się kraje, dla których wzrost polskiej asertywności to w zasadzie plus, kolejny filar blokujący Niemcy, tradycyjne zagrożenie? Przecież to bez sensu!
Tutaj, według apostołów "dobrej zmiany", mogą już być czynni tylko jedni szatani: "folksdojcze". Lis, Michnik i inni.
PiS, podobnie zresztą jak Rosja, najnormalniej w świecie nie wierzy w europejskie ideały. Śmieje się z ich pięknoduchostwa. Polsce bowiem nadal o wiele łatwiej jest intuicyjnie zrozumieć Wschód niż Zachód. Powtarza, że Rosji rozumem objąć się nie da, ale obejmuje ją o wiele skuteczniej niż Brukselę, a na filmikach "only in Russia" widzi wariant siebie, być może nieco podkręcony. Owszem, "prawicowa" Polska zna europejskie wartości, wykuła je na pamięć i na piątkę, kandydując do Unii, ale nie wierzy, że świat na nich bazujący naprawdę może istnieć. Merkel po pamiętnym spotkaniu z Putinem była przekonana, że oto wróciła z "innego świata". Najprawdopodobniej identyczne wrażenia miałaby ze spotkania z Kaczyńskim.
A jeśli nie wierzy się w unijną przejrzystość, we wspólny interes - to już mogiła. Nie przekona żaden argument. Można do oporu gadać, że Niemcy w ogromnym stopniu myślą kategoriami interesu Unii albo że w swojej polityce próbują stosować zasady humanitaryzmu i odpowiedzialności. Każdy, kto będzie powtarzał takie rzeczy, zostanie uznany za frajera.
Dlatego wielu Polaków (i mieszkańców Europy Środkowej) nie jest w stanie pojąć frajerskiego Zachodu, który przyjmuje uchodźców. Dlatego prawicowej części z nas nie przeszkadza to, że odtworzyło się PRL-owskie ustawienie, że rządzi przywódca partii politycznej, a prezydent i premier są figurantami, bo demokracja to tylko ładnie malowana fasada, a w środku i tak mieści się burdel, którymś ktoś musi rządzić. I dlatego nikomu na prawicy, mającej się za "zdroworozsądkową", nie przeszkadza myślenie obsesjami: że Niemcy najadą, że Żydzi ograbią.
Ale najbardziej przeraża co innego. W tym wszystkim tej "zdroworozsądkowej" prawicy umyka to, że oddalając się od europejskich standardów, zniechęcamy do siebie NATO i Unię. Naszych jedynych - jedynych! - gwarantów bezpieczeństwa. Z tego prostego powodu, że odrzucając zachodnie wartości, po prostu przestajemy być częścią Zachodu. Stajemy się tym, czego Zachód nie lubi, czyli nieprzewidywalnym, agresywnym Wschodem. I do tego jeszcze wyszli z nas niewdzięczni, dwulicowi hipokryci, którzy, jak oburzał się dopiero co "Dresdner Neueste Nachrichten", "najedli się przy unijnym stole, a teraz wstają, bekając".
Sytuacji absolutnie nie poprawia to, że tę prawicową rewolucję robią ludzie histeryczni jak Błaszczak, nieprzewidywalni i łatwo ulegający obsesjom jak Macierewicz czy absolutnie oderwani od świata poza wyobrażoną Polską jak Kaczyński. Bo oczywiście w ramach unijnego porządku nadal trzeba bronić swojego partykularnego interesu, tym bardziej że nie wiadomo, jak długo ta ponowoczesność jeszcze potrwa i czy nie wrócimy do narodowych egoizmów. Ale tym bardziej interesu takiego bronić należy skutecznie, a nie głupio, strzelając co chwila we własną stopę. Grać i dążyć do kompromisu, zamiast obrażać partnerów i co chwila wrzeszczeć, że karty muszą być znaczone, skoro gra nam nie idzie.
Tacy ludzie nie mają z Zachodem nic wspólnego, a zatem - myśli Zachód - nie ma żadnego sensu ich bronić, pomagać im i tak dalej.
submitted by SoleWanderer to Polska [link] [comments]